sobota, 10 września 2016

3. Mieszaniec

— To było głupie i nieodpowiedzialne! — wrzasnął Łukasz, gdy tylko znalazł się sam z siostrą i jej synem za zamkniętymi drzwiami.
— Nie drzyj się — warknęła Iwona.
— Chociaż raz przestań go ślepo bronić!
— A niby co miałem zrobić? — wtrącił Gabriel. — Zostawić ją tam i udać, że nic się nie wydarzyło?!
— Nie, oczywiście, że nie! — odkrzyknął mężczyzna z nieukrywaną ironią. — Najlepiej wziąć ją do siebie na herbatę!
— Ale jest niegroźna. Wiemy, że to na pewno ona! O co tyle krzyku? — Chłopak nie zamierzał przyznać wujkowi racji.
— Teraz tak! — Westchnął ciężko i potarł skronie palcami. — Zrozum — zaczął już trochę ciszej i spokojniej — zobaczyłeś intruza bardzo blisko domu. Nie miałeś żadnego dowodu na to, że jest niegroźna. To była pochopna decyzja, a Lustrzane Miasto jest teraz w zbyt ciężkiej sytuacji na takie działania, rozumiesz? Nie wiadomo, kto stoi za pękniętą klepsydrą, ale ten ktoś może się kiedyś pojawić na naszym podwórku i choćby nie wiem, jak niewinnie wyglądał... — Przez chwilę szukał odpowiedniego zakończenia. — Nie zapraszamy go na herbatę!
— To była trudna sytuacja — oznajmiła spokojnie Iwona. — Gabriel podjął odpowiednią decyzję.
— Nie, właśnie nie! Skutek tej decyzji okazał się odpowiedni! Nie możesz go uczyć, że jeśli miał szczęście, to zawsze pogłaskasz go po głowie, choćby zrobił straszną głupotę! — wybuchnął znowu.
— Uczyć! — oburzył się chłopak. — Nie mam dziesięciu lat!
— Dość — oświadczyła kobieta ostro. — Natychmiast się uspokójcie. Ty jak zwykle przesadzasz, a ty następnym razem myśl, co robisz. Temat uważam za zamknięty.
— Poza tym miałem dowód — dodał Gabriel po chwili, ale powstrzymał triumfalny uśmiech.


***


Po obejrzeniu wszystkich zabawek Diany i poznaniu dokładnej historii każdej z nich, dziewczynka oznajmiła, że musi pilnie udać się do toalety. Łucja odetchnęła z ulgą. Całkiem lubiła dzieci, ale właściwie tylko dlatego, że były słodkie i nie musiała nigdy żadnego wychować. Przebywanie z nimi zwykle okazywało się dla niej dość męczące.
Nagle rozległo się donośne pukanie i ktoś otworzył drzwi. Łucja szybko podniosła się z ziemi, by nikt z domowników nie zastał jej siedzącej samotnie po turecku wśród lalek i misiów.
— To ty — stwierdziła kobieta z nieukrywanym obrzydzeniem. Łucja była pewna, że widzi ją po raz pierwszy w życiu. Twarz miała po prostu starczą, skórę pomarszczoną a włosy - siwe. Wyglądała jak typowa, urocza babunia. No, może poza tym paskudnym grymasem. Jej elegancka, przyległa sukienka i białe korale sugerowały, że być może wybiera się na jakieś ważne spotkanie, ale dziewczyna szybko stwierdziła, że osoby z ciężkim charakterem bez problemu chodzą tak po domu. A staruszka sprawiała wrażenie kobiety z bardzo ciężkim przypadkiem syndromu wyższości. — Ten dom to nie hotel — warknęła. — Nie myśl, że...
— Babciu! — Przerwał jej głos z korytarza.  W drzwiach pojawił się Gabriel. — Widzę, że już poznałaś Łucję. Pozwolisz, że zabiorę ją na kolację? — zapytał ze sztucznym uśmiechem, ale kobieta nie odwzajemniła go. Prychnęła cicho i odeszła. Chłopak odprowadził ją wzrokiem i milczał, aż zniknęła w innym pomieszczeniu. — Wybacz — powiedział, drapiąc się po ręce. — Ma kilku swoich faworytów, ale innych ludzi traktuje raczej... z góry.
— To nic — odparła Łucja, chociaż trochę się przestraszyła. Zachęcił ją gestem, by za nim poszła. — Kto to zrobił? — zapytała, gdy schodzili po schodach. — Diana mówiła, że nazwiska pojawiają się same.
— Ale jej nie wierzysz — dokończył i uśmiechnął się lekko, ale nie mogła tego widzieć, bo szła przed nim.
— Mi rodzice mówili, że zęby na pieniądze podmienia Wróżka Zębuszka. — Wzruszyła ramionami.
— Więc raczej nie wierzysz w takie rzeczy?
— Nie wiem — odparła po chwili, bo pytanie zbiło ją z tropu. — A powinnam?
— Te drzwi — poinstruował ją, ale nie odpowiedział.
— Jesteśmy w Lustrzanym Mieście, prawda? — Łucja była zdziwiona własną śmiałością.
— Nie — odparł z nutką zdziwienia w głosie. — Jesteśmy tuż przy bramie. Czemu pytasz?
— To dlaczego na stacji była taka tabliczka? — dopytywała się.
— Nie wiem. Nigdy tam nie byłem. — Gabriel nie dał sobie przerwać. — Może z pytaniami zaczekaj do wieczora. Wszystko ci powiem, obiecuję. Ale najpierw zjedz.
Łucja posłusznie skinęła głową. Nie należała do osób, które lubiły się wykłócać, a w tej sytuacji nie widziała nawet takiej potrzeby.


***


Lana zawsze bardziej współczuła zwierzakom niż ludziom, dlatego ciężko jej było przebywać w wiosce, w której dziesięc procent jakiegokolwiek życia stanowiły bezdomne psy. Niektóre wyglądały na całkowicie dzikie stworzenia: miały skołtunioną sierść zlepioną brudem i zwykle towarzyszyła im chmara owadów. Ale bywały też takie, które musiały zostać porzucone stosunkowo niedawno, bo wyglądały na kompletnie zagubione i nie były aż tak zaniedbane. Na widok tej drugiej kategorii Lana czuła, jak topnieje jej serce.
Gdy opuściła mieszkanie, nie miała sprecyzowanego planu. Snuła się po wiosce, myśląc gorączkowo i dopiero po chwili zauważyła, że towarzyszy jej czarny szczeniak. Ledwo nadążał, ale ufnie dreptał za dziewczyną. Przypominał trochę labradora, ale miał coś wilczego w postawie. Biały krawat utwierdził Lanę w przekonaniu, że to mieszaniec. Kiedy ona mu się przyglądała, ten przysiadł, by odpocząć. Wyglądał tak uroczo, że dziewczyna nie mogła się powstrzymać i rzuciła mu kawałek szynki z plecaka. Bez zastanowienia ją pochłonął i nieruchomo wpatrywał się w Lanę, czekając na więcej. Zachichotała.
— Nie mam za dużo jedzenia. Musi starczyć też dla mnie — wytłumaczyła cierpliwie, ale jego to nie obchodziło. Przekrzywił tylko łeb na dźwięk jej głosu, ale pozostał niewruszony na argument, wciąż oczekując dokładki. Westchnęła i z bólem serca odwróciła się. Nie mogła się rozczulać nad każdym napotkanym szczeniakiem.
Zastanawiała się, czy jest obserwowana. Jeśli wiedźma działała w pojedynkę, to prawdopodobnie miała sztuczki na odnalezienie ojca. Ale gdyby to była zorganizowana grupa? Na pewno jacyś ludzie śledziliby każdy jej krok. Dlatego Lana bała się podjąć jakiekolwiek działania. Nawet nie próbowała dzwonić do ojca, żeby nikogo do niego nie doprowadzić, ale i tak szczerze wątpiła, by odebrał.
Z zamyślenia wyrwało ją piszczenie.
— Jeszcze za mną idziesz? — zdziwiła się. Nie mogła patrzeć za długo w te słodkie oczka, bo odzywało się jej sumienie. — Cholera — zaklęła pod nosem. Właściwie co jej przeszkadzało w przygarnięciu go? Mogła sobie pozwolić na karmienie dodatkowego pyszczka. — Nie kupię ci smyczy, ale jak zwiejesz, to cię nie szukam — zagroziła. Szczeniak i tak wydawał się być zachwycony.


***


Przy stole Łucja nie podnosiła wzroku i wpatrywała się w talerz. Babcia opowiadała coś Łukaszowi swoim wyjątkowo skrzekliwym głosem, ale ten nie wyglądał na zbyt zainteresowanego. Gabriel i jego mama w milczeniu rzucali sobie znaczące spojrzenia i zerkali na Łucję, najwyraźniej myśląc, że dziewczyna tego nie widzi. Diana szczebiotała coś wesoło, a jej starszy brat zbywał ją sztucznymi uśmiechami. Dla odmiany pani na wózku wydawała się być zaintrygowana historią dziewczynki.
— Smakuje ci? — zapytała uprzejmie Iwona.
— Bardzo dobre — odparła Łucja i posłała jej grzeczny uśmiech, ale po tym  natychmiast spuściła głowę. Jedzenie niewątpliwie było dobre, ale jakby... niedoprawione. Jednocześnie pyszne i dość nijakie.
— Co się w sumie dzieje? —zapytał Kacper, tak by wszyscy go usłyszeli. Nie mógł mieć więcej niż piętnaście lat. W jadalni zapadła głucha cisza. — Powie mi ktoś? Zachowujecie się, jakby ktoś... no nie wiem. Umarł. Albo coś. — Spojrzał również na Łucję, najwyraźniej nie bardzo wiedząc, co obca nastolatka robi w jego domu. — Coś się stało rodzicom? — Na te słowa Diana popatrzyła na resztę rodziny z przerażeniem.
— Nie, nie. Spokojnie, wasi rodzice świetnie się teraz bawią w Paryżu — zapewnił ich Łukasz i zabrzmiało to całkiem szczerze. — To nie ma z nimi nic wspólnego. Chodzi o Miasto.
— Jasne — prychnął chłopak pod nosem i zaczął dłubać bez większego celu widelcem w jedzeniu. — Zawsze chodzi o Miasto.
— No dobrze. Mamo, Diana i Kacper pomogą ci dziś pozmywać.
— Co?! Nic nie będę zmywał! — oburzył się.
— Kacper, opanuj się — skarciła go ciotka na wózku, ale w jej głosie nie było złości. Chłopak z ociąganiem zaczął zbierać talerze.
— Byłbyś wspaniałym tatą — stwierdziła Iwona, gdy rodzeństwo wraz z babcią opuściło jadalnię. Łukasz nie skomentował tej kpiny. Wyciągnął spod stołu cienką teczkę i i podał ją Łucji, więc otworzyła ją, starając się ignorować uporczywe spojrzenia i całkowitą ciszę. Wewnątrz znalazła wszystkie swoje dane wydrukowane na bardzo dziwnym papierze. Były tam również podpunkty, których całkowicie nie rozumiała, takie jak Przewodnik albo Opiekun. Gdy doczytała dokument do końca, poczuła jak coś ściska jej wnętrzności.
Data śmierci: 2 listopada 2015.
Pokręciła głową z niedowierzaniem, a każda osoba w jadalni uważnie obserwowała jej reakcję.
— Jest prawie grudzień. Przecież nie przegapiłam własnej śmierci, cały miesiąc...
— Wiemy — przerwała jej łagodnie staruszka na wózku. — To jest właśnie problem. Tego dnia powinnaś umrzeć — oświadczyła.
— Yyy... skąd właściwie są te dokumenty? — zapytała podejrzliwie. Nie chciała wyjść na niegrzeczną, więc nie powiedziała wprost, jak bardzo idiotycznie to wszystko brzmi. Być może starsza kobieta na wózku miała jakąś ciężką chorobę psychiczną i nie do końca to chciała jej powiedzieć?
— Z Lustrzanego Miasta — odparł Łukasz i Łucja już kompletnie nie wiedziała, jak powinna zareagować.
— Nie bardzo rozumiem — zaczęła wolno. — To oczywiście dziwna sprawa — dodała szybko, by nie pomyśleli sobie, że kompletnie nie obchodzą jej ich słowa — ale czy mogłabym zadzwonić do rodziców? Na pewno się martwią. — I muszę im powiedzieć, że trzeba mnie jak najszybciej stąd zabrać, dodała w myślach. Nikt nie odpowiedział, ale spojrzenia, które wymienili, bardzo jej się nie spodobały. Gabriel wyjął telefon z kieszeni spodni i wyszukał na Facebooku jej imię i nazwisko. Podał jej komórkę bez słowa, a ona z otwartymi ustami czytała wpisy swoich znajomych: od irytujących zniczy, po prośby o modlitwę. — Czy mogłabym zadzwonić do rodziców? — powtórzyła, starając się ukryć przerażenie w głosie.
Odrobinę zaszokowało ją to, co zobaczyła, ale przecież nie mogła wierzyć obcej rodzinie. Nawet nie chodziło o to, jak bardzo absurdalnie to brzmiało. To mogła być jakaś dziwna sekta, która pozbawiła ją świadomości i od początku rozgrywała to przedstawienie. Tylko w jakim celu? W sumie wszystko było bardziej wiarygodne, niż to, co próbowali jej wmówić.
— Wysłuchasz nas, zanim ci pozwolimy? — zapytała łagodnie staruszka. Było w niej coś takiego, że nie dało się jej odmówić. A może to przez kompletny brak asertywności Łucji? — Jesteśmy dość nietypową rodziną. Większość czasu spędzamy tutaj i rzadko kontaktujemy się z niewtajemniczonymi osobami. Sobańscy rodzą się i żyją, by strzec jednej z wielu bram do Lustrzanego Miasta. Wykonujemy jego polecenia. Ten dom jest również... inny. Znajduje się tak blisko Miasta, że właściwie nie do końca jest to nasz świat.
— To coś w rodzaju granicy — wtrącił Łukasz.
— Nie przerywaj — upomniała go kobieta, ale jej ton nie zmienił się ani odrobinę. — Rola Lustrzanego Miasta jest ogromna. Obserwują każdy dzień na Ziemi i pilnują, aby wszystko przebiegało tak, jak powinno. Odpowiadają za to odpowiednie departamenty. Rzecz w tym, że jeden z nich jest odpowiedzialny za odbieranie ludzi po śmierci i przeprowadzanie ich dalej. Twoja śmierć nie została nikomu zlecona, więc nikt nie zauważył, że nie umarłaś wtedy, kiedy powinnaś. Ale stało się coś znacznie gorszego. Ktoś jakimś cudem namieszał w Mieście i sprawił, że umarłaś po terminie, ale... nie do końca.
— Nie wdawajmy się już w szczegóły, ale nie ma żadnego Przewodnika, który mógłby cię zabrać dalej. Szczególnie, że wciąż nie jesteś martwa — zakończył Łukasz i uśmiechnął się z zakłopotaniem, zdając sobie sprawę, jak niewłaściwie zabrzmiało ostatnie zdanie.
— Nie spodziewacie się chyba, że wam uwierzę — skomentowała Łucja, starając się nadal uśmiechać, ale coraz bardziej utrudniała jej to gula stresu rosnąca w gardle.
— To, że obudziłaś się właśnie na stacji, musi mieć jakieś wyjaśnienie, prawda? Tak samo dziwne uczucie przy dotyku, które opisał nam Gabriel.
— Tak, ale wytłumaczenie jest chyba bardziej wiarygodne — stwierdziła nieśmiało i nagle poczuła się niemal zdradzona przez chłopaka. Jakby powiedział dorosłym coś bardzo intymnego, co powinno zostać tylko między nimi.
— To zrozumiałe, że czujesz się zagubiona — odezwała się Iwona. — Wydaliśmy ci się całkiem miłą rodziną, a teraz okazuje się, że jesteśmy pokręceni...
— No cóż. — Staruszka wzruszyła ramionami. — Jesteśmy.
Akurat w to Łucja była w stanie uwierzyć.

piątek, 26 sierpnia 2016

2. Pozdrowienia

— Gdzie byłaś? — Ojciec nawet nie zaszczycił jej spojrzeniem.
— Na polowaniu.
— Nie powinnaś się tak długo włóczyć po nocach — stwierdził, nadal nie podnosząc wzroku znad papierów na biurku. W jego tonie nie było nagany. Wypowiadał każde słowo obojętnie, jakby rozmowa z nią była jego przykrym obowiązkiem. Lana zatrzymała się na chwilę i wzięła głęboki oddech, by nie stracić nad sobą panowania. On doskonale wiedział, że chodziła na te durne polowania, żeby nie miał problemów z Lustrzanym  Miastem.
— Starałam się załatwić to szybko — odparła, siląc się na grzeczność.
— Więc następnym razem staraj się bardziej — syknął.
— Dobra — mruknęła tylko, wzruszając ramionami i natychmiast weszła do kolejnego pomieszczenia, chwilowo pełniącego funkcję jej pokoju. Szybko zdjęła kurtkę i ze złością cisnęła ją w kąt. Czasami zwyczajnie miała dość swojego życia. Położyła się na łóżku, licząc, że obserwacja sufitu pomoże jej się uspokoić.
Gdy trzy lata temu odeszła jej mama, Lana wiedziała, że ojcu bardzo ciężko będzie się z tym pogodzić. Zresztą początkowo ona sama nie potrafiła sobie poradzić z taką stratą. Każdego dnia tęskniła równie mocno, ale powoli przyzwyczajała się do nowej sytuacji. Była silna i lubiła tak o sobie myśleć. Paradoksalnie właśnie to myślenie dawało jej tę siłę. Tymczasem ojca ta śmierć zmieniła i Lana ze smutkiem wspominała, jak bardzo go kochała jako mała dziewczynka. Wciąż chciała go zadowalać, chronić i spełniała wszystkie jego polecenia, ale... wynikało to teraz z czegoś innego. Po części ze strachu, to na pewno. Był od niej trzy razy bardziej wybuchowy i zwyczajnie wolała, żeby się nie złościł. Ale głównie chodziło o takie dziwne poczucie obowiązku. Po prostu czuła, że tak powinna postępować i nie chciała, by ojcu stała się krzywda.
Nawet mimo tego, że tak bardzo nim gardziła, po tym jak spróbował szukać w niej pocieszenia po śmierci mamy...
***
Obudziła się na starej, opuszczonej stacji. Nie było żadnych kas, punktu informacji ani jakiegokolwiek budynku. Tylko spróchniałe zadaszenie i połamane ławki. Wsparła się o jedną z nich i wstała. Spojrzała na zarośnięte tory, ale dostrzegła tylko brunatną rdzę. Najwyraźniej czasy świetności tego miejsca minęły dawno temu.
Rozglądała się zdezorientowana, wypatrując czegokolwiek, co mogłoby podpowiedzieć, gdzie właściwie jest. O dziwo, nie czuła strachu. Miała wrażenie, że jej wspomnienia, a szczególnie te najświeższe, zamazują się. Chciała dowiedzieć się, jak znalazła się w tym miejscu, ale coś blokowało jej dostęp do tej części umysłu.
To było niezwykle irytujące uczucie: znać swoje imię, pochodzenie i przeszłość, ale nie czuć tych wspomnień, jako swoich.
Łucja potrząsnęła kilka razy głową. Co się z nią działo? Oczywiście, że są twoje, kretynko, skarciła się. Po chwili zdała sobie sprawę, że fizycznie czuje się wyjątkowo dobrze. Nadwrażliwość na światło, bolące mięśnie, duszności - wszystko to ustało.
Stację otaczała z każdej strony jedynie gęstwina drzew i dziewczyna zaczęła się zastanawiać, jaki sens miało budowanie jej na takim odludziu. Dostrzegła niebieską tabliczkę z nazwą miejscowości i szybko do niej podeszła, z ulgą stwierdzając, że gwałtowne ruchy już nie sprawiają jej bólu.
­ — Lustrzane Miasto — przeczytała cicho. Nic jej to nie mówiło.
***
Gabriel był przyzwyczajony do hałasu. W domu Sobańskich ciągle się coś działo i dawno przestało mu to przeszkadzać. Dorastał przy wrzaskach młodszego kuzyna i kuzynki, gdy nawet nie umieli mówić, a teraz znosił też ich awantury. Poza tym przyjmowanie licznych gości było tam na porządku dziennym. Często był to ktoś z Lustrzanego Miasta, innym razem Dion, a czasem dalsza rodzina lub znajomi. Na szczęście ich dom był na tyle ogromny, że nie tylko mieścił całą rodzinę, ale również potrafił zapewnić wszystkim trochę prywatności.
Tym razem nie wiadomo było nawet, o co poszło, ale skończyło się to rozbitym wazonem babci.
Chłopak udał się do starego ogrodu, gdzie lubił spędzać wolne popołudnia i postanowił rozkoszować się ciszą. Właściwie przebywanie tam napawało go odrobiną smutku. Gdy ciocia była jeszcze sprawna, zajmowała się utrzymaniem tego miejsca we względnym ładzie. Nikt z rodziny nie miał takiej ręki do roślin, więc teraz wyglądało na opuszczone. Wiedziony dziwnym przeczuciem, postanowił się przejść. Ich posiadłość z każdej strony otaczał rozległy las, ale bawił się w nim od dziecka, więc ciężko było mu się tam zgubić.
Zastanawiał się, czy będzie mógł pomóc Lustrzanemu Miastu. Wziął udział w obradach i czekał, aż otrzyma własną misję. Coś, co zrobi zupełnie sam i zasłuży sobie na odrobinę szacunku. Wreszcie wujek przestanie patrzeć na niego jak na szczeniaka, a babcia może w końcu dostrzeże w nim swojego wnuka. Wystarczyło tylko otrzymać jakieś zadanie. No i podołać mu. Gabriel westchnął, bo nagle zdał sobie sprawę, że to może nie być takie proste. Szczególnie w obliczu kryzysu, jakie przechodziło teraz Miasto. Wszystkie zaszczyty przypadną doświadczonym, bo on przecież nie poradzi sobie z trudnościami, jakie się szykują... A może to i lepiej? Może ten kryzys tak wszystkich przytłoczy, że zabraknie rąk do pracy i siłą rzeczy będzie musiał w czymś pomóc? Uśmiechnął się do siebie na tą myśl.
— Przepraszam? — Z zamyślenia wyrwał go słaby, wysoki głos.
Stała przed nim drobna dziewczyna. Gdyby byli obok siebie, jej głowa nie wystawałaby mu ponad ramię. W jej dużych, brązowych oczach malował się strach.
— Jak tu trafiłaś? — zapytał oszołomiony. Ciężko było dojść tak blisko domu Strażników, jeśli nie znało się drogi. Sytuacja wyglądała co najmniej podejrzanie. Nie miał przy sobie żadnej broni. Nie wziął nawet telefonu. — W tym lesie nie można się zgubić — stwierdził, jakby to mogło cokolwiek zmienić. Dziewczyna naprawdę przed nim stała i albo rzeczywiście była przerażona... albo tylko udawała. Gabriel zdecydowanie wolał tą pierwszą opcję.
— Nie pamiętam. Obudziłam się na starej stacji — wyjąkała tylko. Ta odpowiedź tylko potwierdziła jego podejrzenia.
— Kim jesteś? — warknął przekonany, że ma do czynienia z wrogiem.
— Łucja. — Wyglądała na coraz bardziej wystraszoną.
— I nie jest ci zimno? — zapytał z lekką kpiną i uniósł brew. Dziewczyna miała na sobie cienką bluzkę na ramiączkach i najwyraźniej nie przeszkadzało jej, że kończyła się jesień.
— Czuję, że jest zimno. Ale nie jest mi zimno.
— No tak. Jasne — odparł zaskoczony po krótkiej chwili ciszy. — Jesteś wiedźmą? — zapytał wprost. Po chwili zdał sobie sprawę, że nie było to zbyt mądre zagranie. Jeśli rzeczywiście nią była, na pewno by się nie przyznała. Albo zabiłaby go, dlatego, że się domyślił. Powinien trzymać jakieś asy w rękawie.
— Słucham? — parsknęła. — To żart?
Gabriel westchnął. Kompletnie nie wiedział, co robić. Jeśli udawała, zabranie jej do domu wiązałoby się nie tylko z utratą zaufania rodziny i Miasta, ale być może z dużo gorszymi konsekwencjami. Co prawda nikt nieproszony nie śmiał zapuszczać się tak daleko w las, ale kto wie? Może klepsydra była tylko początkiem? To mógł być podstęp.
— Nie wiem, o co chodzi — Łucja z trudem opanowała trzęsący się głos — ale po prostu pokaż mi, jak się stąd wydostać — zażądała, ale nie zabrzmiało to ani trochę władczo.
Gabriel kompletnie nie znał się na wiedźmach i ich sztuczkach. Czy mogła grać wystraszoną całą sytuacją aż tak dobrze? Naprawdę nie wyglądała najlepiej, a jej budowa i delikatna twarz tylko potęgowały to wrażenie. W brązowym, niedbale spiętym koku tkwiło kilka małych listków, jakby dziewczyna niedawno wytarzała się w ściółce. Patrząc na nią, poczuł się trochę winny. A co jeśli naprawdę się zgubiła i był jej jedynym ratunkiem?
— Słuchaj — zaczął, robiąc krok w jej stronę — chciałbym, ale nie mogę.
Łucja instynktownie cofnęła się, ale z roztargnienia zahaczyła nogą o wystający korzeń i straciła równowagę. Gabriel bez wahania chwycił ją za ramię i postawił z powrotem do pionu. Nie puścił jednak jej ręki i oboje wpatrywali się w siebie szeroko otwartymi oczami. Było dokładnie tak, jak opisała z zimnem — czuł, że się dotykają, ale nie czuł jej dotyku. Wyraz jej twarzy sugerował, że ona również jest tym zszokowana.
I wtedy go olśniło.
***
               — Czy ja o czymś nie wiem? — zapytała jego mama z lekkim rozbawieniem, gdy wprowadził do domu obcą dziewczynę. Dopiero po chwili dostrzegła, w jakim jest stanie.  — Wszystko w porządku? — zapytała, podbiegając do syna.
               — Chyba znalazłem pękniętą klepsydrę — oznajmił, a jego mama nie czekając na wyjaśnienia, zawołała Łukasza. Szybko wyminęła chłopaka i z troską otoczyła ramieniem Łucję.
— Chodź, napijesz się herbaty.
W kuchni siedzieli w niezręcznej ciszy. Dziewczyna piła napój ze łzami w oczach — czuła jego smak i czuła, że jest gorący, ale nie robiło jej to różnicy. Było dokładnie tak jak z zimnem i dotykiem innej osoby. Łucja czuła się kimś innym i potwornie ją to martwiło.
Do pokoju wkroczył rosły mężczyzna z kilkudniowym zarostem o niesamowicie ciemnych oczach. Od razu rzuciło jej się w oczy podobieństwo całej trójki. Wyraz twarzy miał dość groźny, jakby w każdej chwili był gotowy do awantury. Na widok intruza uniósł brwi, a dziewczyna skuliła się pod jego spojrzeniem. Nagle obserwowanie osadu na herbacie wydało jej się fascynującym zajęciem.
— Zanim zaczniesz na wszystkich wrzeszczeć, daj sobie wyjaśnić — oznajmiła kobieta bez cienia strachu. Po tych słowach i dyskretnej wymianie porozumiewawczych spojrzeń oboje opuścili kuchnię.
— Więc... co pamiętasz? — zapytał Gabriel i usiadł naprzeciw niej. Próbował z nią złapać kontakt wzrokowy, ale Łucja zdecydowanie więcej radości czerpała z ogladania wszystkiego poza nim. Nie przepadała za patrzeniem w oczy rozmówcom. Szczególnie tym nieznajomym. I przystojnym.
— Zemdlałam. — Wzruszyła ramionami. Ale gdzie to było? Nie mogła sobie przypomnieć. — Obudziłam się na jakiejś opuszczonej stacji. Od tamtego czasu dziwnie się czuję.
— To zrozumiałe — mruknął chłopak, ale na razie nie chciał powiedzieć jej nic więcej. Samo przyprowadzenie jej, bynajmniej nie było najlepszym sposobem na polepszenia relacji z wujkiem. — Jesteś głodna?
I znów zrobiło jej się okropnie przykro, gdy przyszło jej nagle do głowy, że być może już nigdy nie poczuje głodu albo pełnego smaku jedzenia.
— Nigdy się tak nie czułam — jęknęła i w myśl wypróbowanego sposobu spojrzała w górę, nie podnosząc głowy, żeby powstrzymać łzy.
— Powiedzmy, że moja rodzina zna się na takich sprawach. — Uśmiechnął się pocieszająco. — Coś wymyślimy.
— Sprawach nie czucia się sobą?
— Też — potwierdził i do kuchni wróciło rodzeństwo. Wystarczyło znaczące spojrzenie mężczyzny i Gabriel wraz z matką wyszli. Łucja nerwowym ruchem odgarnęła kosmyk włosów z twarzy i wtedy skończyły jej się pomysły, co może robić z rękami. Zaplotła je więc na kolanach i wbiła w nie wzrok.
— Nazywam się Łukasz Sobański. —Mężczyzna starał się mówić jak najłagodniej, widząc zdenerwowanie dziewczyny. — I muszę wiedzieć dokładnie, jak się tu znalazłaś.
— Czy będę mogła wrócić do domu? — wypaliła i podniosła wzrok.
— Tak, tak, oczywiście — odparł po chwili wahania. Łucja wzięła głęboki oddech i opowiedziała tyle, ile pamiętała. Mężczyzna kiwał wolno głową i nie poganiał jej. Dopytywał się o szczegóły, ale najświeższe wspomnienia zdawały się dopiero wracać do jej głowy. — Pamięć będzie wracać z czasem. To na pewno dla ciebie szok, więc spokojnie. Możesz u nas zostać na noc, bo nie zdążysz już na żaden pociąg. — Odchrząknął nieznacznie przed ostatnim słowem, jakby nie do końca wiedział, czy jest odpowiednie.
***
Po polowaniach Lana spała długo i głęboko, więc pukanie do drzwi z samego rana nie zakłóciło jej snu. Dopiero, gdy zamieniło się w natarczywe walenie, z jękiem zwlokła się z łóżka. Gdy zauważyła, że jest sama w domu, sięgnęła szybko po pistolet i schowała go za plecami.
— Kto tam? — zawołała, stojąc w takiej odległości, by oddać celny strzał w razie wyłamania drzwi.
— To ja — warknął jej ojciec. Lana westchnęła ciężko i odłożyła broń. Przez senność nie zastanawiała się nawet, dlaczego nie może otworzyć sobie sam, więc przekręciła kluczyk.
Niewidzialna siła odrzuciła ją do tyłu, a bolesne lądowanie pozbawiło tchu na kilka chwil. Poderwała się najszybciej, jak umiała i spojrzała na intruza. Czarne, dość długie włosy miał starannie zaczesane do tyłu, a sylwetkę zakrywał płaszcz. Był niewątpliwie szczupły i wysoki, więc przypominał trochę postacie z Matrixa. Do mieszkania wkroczył wręcz z lekceważeniem, a w jego oczach błysnęło rozbawienie, gdy zobaczył nastolatkę w gotowości do walki ubraną w różowy podkoszulek i czarne bokserki.
— Gdzie on jest? — zapytał, a jego głos zupełnie nie przypominał głosu ojca.
— Co ci do tego? — warknęła, myśląc gorączkowo o zdobyciu jakiejś broni. Pistolet leżał na szafce przy drzwiach, a więc zdecydowanie za daleko. Siła odrzuciła ją niemal pod własny pokój, więc jedyną szansę widziała w odwróceniu się i szukaniu czegoś właśnie tam.
— Tatuś ciąga cie po świecie, co? — Uśmiechnął się szyderczo. — Przede mną nie ucieknie.  — Z każdym słowem był coraz bliżej i Lana szykowała się do odwrotu. — Przekaż mu, że ma pozdrowienia od swojej ulubionej wiedźmy. — Wyprowadził cios tak szybko, że dziewczyna nie miała szans, żeby się uchylić. Kolejny pozbawił ją świadomości.
***
Drzwi były zamknięte na klucz i to od wewnątrz. Mieszkanie jednak wyglądało jak po porządnym huraganie. Lana czuła się, jakby przez ostatni tydzień bez przerwy piła alkohol i teraz musiała sobie radzić z potwornym kacem. Na własnym ciele nie znalazła żadnych siniaków ani ran. Tak jakby ktoś pobił ją od wewnątrz. Właściwie mogło to mieć jakiś tam sens — w końcu napastnik był wiedźmą. Pozbawił ją świadomości dwoma delikatnymi  ciosami, a wcześniej odrzucił parę metrów do tyłu, nie kiwając palcem. Jednak największe wrażenie na Lanie zrobiła sztuczka z zamianą głosu. Niewątpliwie poznała bardzo groźnego przeciwnika.
Najbardziej martwiło ją zniknięcie ojca. Nie dlatego, że prawdopodobnie wpakował się w cholerne kłopoty, bo o tym, że od dwóch lat zajmuje się podejrzanymi sprawami, wiedziała doskonale. Zastanawiała się, czy mógłby ją po prostu... porzucić? Najwyraźniej był poszukiwany już od jakiegoś czasu i akurat, gdy pojawił się problem, on wyparował bez ostrzeżenia. Lana mogła go winić za wiele rzeczy, ale nie mogła uwierzyć, że po prostu o niej zapomniał i odszedł, by ratować własną skórę. Za bardzo przypominała mu mamę i chociażby przez wzgląd na to, była gotowa wierzyć, że pod tym zniknięciem kryje się coś więcej.
Rozejrzała się po zdemolowanym mieszkaniu. Wiedźma na pewno czegoś szukała, ale dziewczyna nie potrafiła ocenić, czy to znalazła. Skąd mogła wiedzieć, czy ojciec zabrał wszystkie swoje papiery? Przebrała się szybko i spakowała swój niewielki majątek do zniszczonej torby. Pościeliła starannie łóżka i spróbowała ogarnąć bałagan, chociaż właściwie nie wiedziała dlaczego. Czy kogokolwiek w takiej dziurze będzie obchodzić włamanie?
***
Łucja nie przepadała za zwiedzaniem starych zamków, dlatego rzadko bywała w tak dużych i starych budynkach. Dom Sobańskich przypominał zabytkowy pałac i założyła śmiało, że musi mieścić setki pokoi. Otaczał go trochę zdewastowany, ale wciąż piękny ogród przypominający trochę francuskie. Z lotu ptaka niskie żywopłoty musiały tworzyć niesamowite wzory, a fontanna pokryta ciemnym osadem kiedyś zapewne nieustannie tryskała krystalicznie czystą wodą. Początkowo dziewczyna nie odczuła, że znajduje się w rezydencji. Nie poczuła zapachu wilgoci czy starości, a kuchnia była umeblowana zdecydowanie nowocześniej niż w jej własnym domu. Dopiero, gdy zaprowadzono ją do salonu, poczuła, że cofnęła się w czasie.
Zasiadła na czerwonej kanapie, która tak jak wszystko w tym pomieszczeniu, musiała być bardzo cennym antykiem. Przez chwilę rozglądała się niepewnie, nie wiedząc na czym zawiesić wzrok. Kazano jej czekać, więc bała się nawet wstać, by przyjrzeć się czemukolwiek z bliska. Nad marmurowym kominkiem wisiał portret kobiety z konewką na tle ogrodu. Z pewnością na nazwisko miała Sobańska, cechowały ją te same ciemne oczy i brązowe włosy.
— To ja. — Na dźwięk obcego głosu, Łucja aż podskoczyła. — Ale chyba jakieś trzysta lat temu — zachichotała staruszka na wózku inwalidzkim. Wyglądała bardzo słabo i z trudem popchnęła koła, żeby podjechać bliżej dziewczyny. — Ty jesteś Łucja.
— Tak, proszę pani.
— Jeszcze zanim się zjawiłaś, w naszym domu było o tobie głośno. — Znów ten serdeczny chichot. Spojrzała z powrotem na obraz. — Byłam trochę starsza od ciebie. Strasznie mi się spodobało podlewanie kwiatków, ale... teraz to już chyba nie dla mnie — zakończyła z delikatnym uśmiechem.
— Przepraszam, ale jak to było o mnie głośno? — zapytała nieśmiało i z lekkim niedowierzaniem.
— No cóż, może nie do końca o tobie — stwierdziła, jakby chciała przyznać dziewczynie trochę racji. — Ale o kimś. I tym kimś okazałaś się ty — zachichotała, ale nie dała sobie przerwać. — Łukasz jak  zwykle za grosz kultury — mruknęła pod nosem. — Pewnie strasznie się tu nudzisz, a to może im chwilę zająć. Diana! — zawołała i natychmiast rozległ się odgłos zbiegania po schodach.
— Tak ciociu?
— Jestem w salonie kochana.
Do pomieszczenia wbiegła najwyżej ośmioletnia dziewczynka. Jej krótkie, brązowe włosy otaczały okrągłą buzię jak hełm, co sprawiało, że wyglądała odrobinę dziwnie, ale wciąż uroczo.
— Oprowadź naszego gościa — powiedziała ciepłym głosem i mrugnęła porozumiewawczo.  Dziewczynka rozpromieniła się na te słowa i spojrzała wyczekująco na Łucję, więc ta z nieśmiałym uśmiechem wstała i opuściły salon. Zdawało jej się, że słyszy za sobą ciężkie westchnienie staruszki.
Dziewczyna wręcz liczyła na szerokie, wyścielone czerwonym dywanem schody z marmurowymi poręczami, tymczasem Diana zaprowadziła ją do pomieszczenia wyglądającego jak klatka schodowa w bloku. Jednak zamiast szarych ścian i zwykłych stopni, zobaczyła... drzewo. Całe pomieszczenie zostało na nie wystylizowane: na bokach schodów wyrzeźbiono korzenie a ściany pokryto gałęziami. Wchodząc, Łucja czuła, jakby rzeczywiście wspinała się na jego czubek. W końcu uznała, że musi trochę zwolnić, bo przebyły już dużą odległość, a wyglądało na to, że mają do przejścia jeszcze trochę. Jej młodsza przewodniczka kompletnie nie wyglądała na zmęczoną.
— To ja! — krzyknęła nagle i wskazała palcem na ścianę. Między gałązkami Łucja dostrzegła napisy i odczytała jeden z nich: Diana Sobańska. Dopiero wtedy zdała sobie sprawę, że mijały prawdopodobnie setki takich drobnych nazwisk, bo były zakamuflowane i wyglądały po prostu jak część drzewa. — A to mój brat Kacper i kuzyn Gabriel — objaśniała dalej dziewczynka.
— Od samego dołu... to była cały czas twoja rodzina? — zapytała dziewczyna, będąc pod dużym wrażeniem. Ile czasu musiało zająć przygotowanie takiego miejsca?
— Tak. — Diana pokiwała głową entuzjastycznie, wyraźnie podekscytowana faktem, że ktoś jest zainteresowany jej słowami. — Rodzina Strażników nigdy nie może wymrzeć. Lustrzane Miasto o to dba — dodała. Liczyła, że imponuje starszej koleżance tymi wyjaśnieniami.
— Dlaczego?
— Bo ktoś musi pilnować wejścia do Miasta. Kiedyś to będę ja — oznajmiła z dumą. Łucja pokiwała głową, chociaż nie zrozumiała za wiele.
— A czemu te dwa nazwiska są zaklejone? — zdziwiła się, oglądając pokolenie rodziców dziewczynki.
— Babcia próbowała je wypalać, ale zawsze pojawiały się znowu. — Wzruszyła ramionami. — Jak się ktoś urodzi, to też się pojawiają. Ale w sumie to nie wiem, bo jestem najmłodsza.
— Ale dlaczego chciała je wypalać?
— Bo nie lubi taty Gabriela. Nie wzięli ślubu z jego mamą. A to jest wujek. Jego też nie lubi, bo uciekł z domu.
— I wrócił? — dopytywała się.
— Nie — odparła obojętnie. Łucja doszła do wniosku, że dziewczynka prawdopodobnie nawet go nie poznała.